"Dee Facto 93-94-04" – recenzja płyty (Teraz Rock, nr 10 (20) październik 2004)

  • Drukuj

Teraz Rock, nr 10 (20) październik 2004

 

Dee Facto

93-94-04
Folk

 

Gdybym musiał wskazać jakąś polską kapelę, która zbliżyła się do bezpretensjonalności amerykańskiego neopunku, stawiałbym na Dee Facto. Z tym, że nasi wypłynęli jakieś dwa lata wcześniej. I brzmiało to – oczywiście – inaczej, niż za Wielką Wodą. Zastosowanie dęciaków w numerach Dee Facto zawdzięczamy raczej Armii, niż Mighty Mighty Bosstones. Tempo utworów narzuca tradycja hardcorowe'a, nie Bad Religion. Gdy mówię o pokrewieństwie, chodzi o konsekwentną melodyjność i pewien dystans do wykonywanych tekstów. Niby grali w Jarocinie, ale jakoś mało pasują do typowej tamtejszej publiczności.

Szkoda, że to się rozleciało. Dlatego z wielką radością witam niniejszy album. Reedycję dwóch studyjnych materiałów grupy. Pierwszy, Dee Facto (oryginalnie: Bass Records, 1993), razi siermiężną produkcją, ale zawiera klasyczne przeboje grupy. Bez cudzysłowu: kawałki jak Uliczna kultura, Saygon, czy odważna przeróbka Sing Sing Maryli Rodowicz, naprawdę chodziły wtedy w radiu. Materiał zmieścił się prawie w całości, wyleciała tylko dyskusyjna przeróbka Warszawianki.

Album drugi, Wirus, okrojono tu mocniej, ale to i tak atrakcja, bo wcześniej dostępny był wyłącznie na kasecie (PM, 1994). Dee Facto nie straciło na melodyjności, wyraźnie poprawiło się brzmienie, w dodatku zaczęły przebłyskiwać fajne, dodatkowe elementy. Na przykład ska (w Kobiecie).

Jak się okazuje, ten skoczny kierunek obrali po niedawnym reaktywowaniu formacji. Płytę wieńczą dwa nowe utwory: Ogień i Skagopuunkka. Pierwszy z czadem w podkładzie, przypomina grupy typu Less Then Jake. Drugi, bardziej korzenny, mógłby trafić do repertuaru The Specials.

BARTEK KOZICZYŃSKI